07-06-2006


Tak o sobie piszę, żeby mi bloga nie usunęli, bo po głębszym namyśle (albo po kilku głębszych) to chyba jednak szkoda by było...

skomentuj (6)

________________________________________

28-01-2006


Nowy szablon jest to i nowa notka będzie. Żeby jak już tak świeżością powiać to na całego. Sto procent świeżości w świeżości. Nie tak jak w tych śledzikach, co je otworzyłam a tam zero procent śledzia w śledziu, bo sam sos był. Zaskarżę ich.

Heroiczne postanowienie, że w tym semestrze zacznę się wreszcie uczyć, na razie twardo siedzi gdzieś w głowie przypominając o sobie nieśmiało od czasu do czasu, ale niemal przekonana jestem, że równo z pierwszym dniem szkoły weźmie pistolet i się powiesi. Jestem w tym roku większym nierobem niż zwykłam być. Zero konstruktywności, system failure jakiś. Jakby to tak przeanalizować, to to chyba niezły sukces jest, nie sądziłam, że naprawdę można jeszcze bardziej. Cóż, w czymś trzeba odnosić sukcesy. Najlepiej zwalę wszystko na depresję intelektualną, bo tak mi wynika z mojego biorytmu co go na informatyce robiliśmy.
W tym roku okazja, nie do przegapienia, depresja intelektualna całorocznie! Nakład ograniczony! (umysłowo).

Albo lepiej, zwalę to na pogodę. Bo tu cholera sybir jest, przy minus dwadzieścia zamarza mi mózg. Mama wracając wieczorem do domu pogubiła zakupy w parku z zimna, więc musiałam przywdziać sześć par rękawiczek, trzy czapki i iść w śnieg i zawieruchę żeby ich poszukać. Zrozumiałam swój błąd w rekordowym czasie, bo już po pierwszych dwóch minutach. Czyli w momencie gdy zamarzły mi wszystkie płyny ustrojowe. Przy okazji spostrzegłam, że w parku naszym nie ma latarni, a zgubione produkty spożywcze, o dziwo, same światła nie wydzielają. Co więcej naszły mnie wątpliwości czy znajdę cokolwiek, łącznie z drogą do domu, w metrowych dosłownie zaspach śniegu. Kremu do rąk do tej pory nie znalazłam. Pójdę poszukać jeszcze raz jak śnieg stopnieje.
Jak myślicie, można sobie odmrozić gałki oczne?

Tak naprawdę to powiem wam w tajemnicy, że ta notka eksperymentalna jest. Chcę sprawdzić, jak wiele czegoś o niczym trzeba napisać, żeby dokumentnie wszyscy przestali czytać tego bloga.


skomentuj (13)

________________________________________

13-01-2006


Nie wiem jak to się właściwie stało, ale mrugnęłam, a tu mi się święta skończyły i nowy rok zaczął. Może lepiej przestanę mrugać, bo kiedyś jeszcze tak sobie mrugnę nierozważnie i się okaże, że tu pyk, stara jestem i już tylko moherowy beret na głowę. Ale póki co nic straconego, święta i tak będą znowu i Kevina też puszczą znowu. Nie, zdecydowanie nic mnie nie ominęło.

Smsy od mojej mamy przedstawiają się w typie "nie dotykaj luster w domu!" tudzież "nie opieraj się o blat w kuchni!" okraszone zdrową ilością wykrzykników na końcu. Robotnicy przestali przychodzić, nawet się nie mszczą za te swoje trzy kartony soków ananasowo-grejpfrutowych, które wydundziłam chyłkiem z trójkątnym uśmieszkiem na twarzy. Moje przepowiednie, że remont będzie trwał już do końca życia albo do końca Mody na sukces się nie sprawdziły. Pewnie mi wewnętrzne oko szwankuje. Okazało się też, że facet od rolet wcale nie mieszka w moim domu, facet od szafek po czwartym razie przestawiał tu zostawiać swoją dwumetrową linijkę, którą przecież tak łatwo przeoczyć, a informatyk przestał bywać u nas na obiadach. Co ja biedna bez nich pocznę.

Nastały te piękne dni w roku kiedy wychodzę z domu w nocy i wracam w nocy. Mam ochotę się zagrzebać w pościeli, wsadzić głowę pod poduszkę i przespać najbliższe dwa miesiące okazyjnie wyciągając rękę po kubeczek kawy. Mam ochotę odbijać się od ścian, zamurować drzwi i nie wychodzić z domu. Gratuluję po cichu moim nogom, że jakiś instynkt samozachowawczy jeszcze posiadają i w tym zimnie same prowadzą mnie tam, gdzie zazwyczaj chcę dojść. Tak naprawdę nigdy nie wiem gdzie chcę dojść, bo mi przy tej temperaturze mózg zamarza. I z nosa wiszą lodowe stalaktyty. Cud jakowyś, że do domu w ogóle trafiam z powrotem. Ostatnim razem pandemonium nastąpiło w momencie kiedy stałam przez piętnaście minut pod bramą własnego domu nie mogąc przypomnieć sobie nowego kodu do drzwi, ze złośliwym zbiegiem okoliczności dyszącym mi w kark. Nowego kodu do drzwi im się zechciało, niedługo przed wejściem do domu będą mi skanować siatkówkę i pobierać odciski palców.
W tosterze od tygodnia siedzi ten sam tost, znowu mam tylko po jednej skarpetce z każdej pary i popsuło mi się krzesło. Muszę teraz siedzieć przed komputerem z oparciem nachylonym pod kątem 45°. Zima ciąąąągnie się jak stare kalesony i mam wrażenie, że z każdym dniem jest zimniej. Wczoraj byłam święcie przekonana, że jest już temperatura zera absolutnego, ale nie, gdzie tam, dzisiaj zimniej było. Jutro pewnie jeszcze zimniej będzie. I jeszcze ciemniej dla odmiany.
To na pewno jakiś skutek siły coriolisa jest, bo pan profesor na fizyce nam powiedział, że "Ziemia to geoida spłaszczona na równiku". Tak, spłaszczenie na równiku ewidentnie wyjaśnia te mrozy.

Ale tak poważnie, bez sarkazmu, to życie wesołe się jakoś ostatnio zrobiło. Druga połowa ostatniego roku fajną połową była. Tak poza tym wszystkim powyżej. I poza zimą nawet. Na tyle, że się sama do siebie uśmiecham w tramwaju kiedy jadę do szkoły. I w ogóle chyba się uśmiecham tak jakoś głupkowato w każdej wolnej chwili.
I zagadka dlaczego ludzie odsuwają się ode mnie w tramwajach rozwiązana.


skomentuj (1)

________________________________________

21-12-2005


Ja się ze zbiegami okoliczności bardzo lubię. Jesteśmy nierozłączni, można powiedzieć, jak Flip i Flap, jak Thelma i Louise, jak... jak... jak Żwirek i Muchomorek. Zbiegi okoliczności towarzyszą mi wszędzie, wyglądają zza ramienia, kiedy stoję w kolejce w stołówce szkolnej, siedzą na kolanach w tramwaju i uśmiechają się bezczelnie, kiedy patrzę na nie bykiem, a te najwredniejsze nocują pod moim łóżkiem.

Ostatnio jakoś przeżywają okres nadczynności ruchowej, a już szczególnie tego dnia, kiedy to w przeciągu kilku godzin jednocześnie zepsuł się Internet, moja mama zgubiła piórko od tabletu (pożyczonego tabletu) i filtr do akwarium wyzionął ducha. Do tej pory akwarium stało jeszcze u mojej mamy w pracy, bo nikt nie miał głowy do przenoszenia go z powrotem do mieszkania, więc kiedy filtra wśród nas zabrakło kierowana chęcią uratowania życia zasyfiałym rybkom musiałam pojechać TAM. Znowu TAM. Naprawdę nie wiem, dlaczego mam jakieś dziwne opory przed wchodzeniem do pracy mojej mamy. Może podświadomie boję się, że znowu będę musiała tam zostać przez miesiąc? Tajemnicza sprawa...

Rybki zachowywały się dziwnie. Bardzo dziwnie. No, chyba, że pływanie bokiem u rybek jest normalne, ostatecznie co ja tam wiem o rybkach. Rybki zostały przesłuchane, po czym okazało się, że rano karmi je pani sprzątaczka. No w porządku. Potem moja mama, kiedy przychodzi do pracy. Hymmm, dwa razy, nie za dużo? Potem moja mama, kiedy wychodzi z pracy, a na koniec przychodzi księgowa i zaczyna się piekło. "Ojejku! Jak ładnie jedzą! Chyba im smakuje! Dam im jeszcze! I jeszcze! I jeszcze! I JESZCZE!". Też bym pływała bokiem z przejedzenia. Ostatnio zadzwoniła wieczorem poskarżyć się, że rybki już nie chcą jeść, a jedna z nich ma zapadnięte boki (gwoli ścisłości – moja rybka wygląda jak balon) i na pewno są chore, więc dziś nakarmi je podwójnie to może wyzdrowieją.
Pani księgowa w niedługim okresie czasu zginie śmiercią tragiczną.

Mężnie umyłam akwarium, zapakowałam rybki do wiaderka po świńskich ziarnach i zadzwoniłam po taksówkę, bo godzinna tramwajowa wycieczka z akwarium i rybami prezentowała się nieciekawie. W tym miejscu jeden ze zbiegów okoliczności uznał, że pół godziny bezczynności to stanowczo za wiele. Rozpadał się deszcz, śnieg i Bóg wie co jeszcze i wszystkie taksówkowe linie telefoniczne zaczęły robić piiib piiib piiib (zajęte w sensie że). Godzinna tramwajowa wycieczka z akwarium i rybami uśmiechnęła się do mnie zachęcająco. Razem z mamą wybyłyśmy z biura dzierżąc rybne osprzętowanie i skrzętnie omijając wzrok ochroniarzy. Woda w wiaderku z rybkami wychlapywała się mocząc piękną biurową posadzkę, akwarium ważyło sto kilo, a plecak na moich plecach nie przymierzając z dwieście. Dziarsko wsiadłyśmy do tramwaju po odstaniu obowiązkowej półgodzinki, ochlapałyśmy trochę ludzi i wysiadłyśmy w centrum. Na przystanku w godzinach szczytu stało co najmniej pół Warszawy. Na tramwaj czekałyśmy bagatela kolejne pół godzinki, na co rybki zareagowały dziwnym znieruchomieniem, a woda przestała się wychlapywać. Odwróciłam głowę udając, że nic nie wiem o żadnej zmianie stanu skupienia wody w temperaturze poniżej zera. Rozpaczliwie usiłowałam utrzymać się na nogach żeby ludzka dzicz na przystanku nie zepchnęła mnie na tory tramwajowe. Deptanie po nogach i uderzenia barkiem już dawno nauczyłam się ignorować, gdzieś obok ryczało dziecko, śnieg zacinał prosto w oczy, jakaś staruszka na mnie krzyczała nie wiem dlaczego i ręce przymarzły mi do wiaderka.
A tuż obok, pod Pałacem Kultury, wesoło migotała choinka milenium i było tak radośnie i świątecznie.

p.s. Tak naprawdę rybki przeżyły.
Odhibernowałam je.


skomentuj (8)

________________________________________

18-12-2005


Budzę się. Jedno oko, powoli powoluuuutku drugie oko... rezygnuję. Piętnaście minut później zrywam się z łóżka z cholerną świadomością, że znowu się spóźnię i zaczynam się miotać w te i we wewte gnana coraz to nową myślą "łazienka!", "nakarmić swinkę!", "skarpetki!". JEB wpadam na ścianę. No tak, kiedyś tu były drzwi. Chwilę później staram się pogodzić jedzenie śniadania z jednoczesnym ubieraniem się. Nóż tu, skarpetka tu, nie pomylić się przypadkiem...

Wybiegam z domu – szlag szlag szlag znowu pada - i pędzę na przystanek. Po drodze zapinam kurtkę, staram się trafić słuchawkami do uszu i motam się szalikiem. *chlup* o, wdepnęłam w kałuże. E tam, odrobinkę tylko, palce u nóg najwyżej będę mieć mokre. *CHLUP* o, następna, a co tam, głęboka tylko po kostkę. Wychlapując wodę z buta widzę jak właśnie obok mnie przejeżdża mój tramwaj. Niczym sprinter rzucam się do biegu, przebiegam przez ulicę nie po przejściu, przeskakuję barierkę i po torach dobiegam do tramwaju. Niezwiązany but spada mi z nogi, mam mokrą głowę, woda kapie mi z nosa, szaliczek się rozwinął, a plecak zsunął z ramienia. Szanowny pan motorniczy zamyka mi drzwi przed nosem. A figę, nie dam się, w ostatniej sekundzie wtykam but między drzwi, rozsuwam je i zdyszana, czerwona na twarzy wchodzę do środka. Wszyscy, jak jeden mąż bez krztyny subtelności gapią się w moją stroną. Pani z przodu zaraz skręci sobie kark, jeżeli wykręci głowę jeszcze trochę do tyłu. Żadnego miejsca wolnego nie ma, trudno, mówię sobie, mogło być gorzej. (mogło?) Wyciągam zeszyt od polskiego i zaczynam się uczyć. Tramwaj kołysze się odrobinę, ludzie obijają się o ściany tylko troszkę i literki leciutko skaczą mi przed oczami. Para... pale... paralelizm... fabularnych... pła... szczyzn... płaszczy... do jasnej cholery, jakich płaszczy? Zdegustowana chowam zeszyt, a tramwaj hamuje akurat w tym momencie kiedy się nie trzymam. Z gracją wpadam na pana obok mnie i z rozpędu walę go jeszcze placakiem w bark. Pan ma teraz dziwny wyraz twarzy, więc na wszelki wypadek odwracam się w drugą stronę.

Nagle widzę – wolne miejsce! Moja ziemia obiecana! Ruszam żeby sobie usiąść (pospać?) ale właśnie do tramwaju wsiada pani-moherowy-beret. Wyprzedza mnie po drodze wbijając mi laskę w żebro, zawzięcie kuśtyka i niemal wślizgiem dopada krzesełka. Nadal mogło być gorzej. Na następnym przystanku, mimo aktualnie ryczącego Rammsteina słyszę jakieś rozchichotane głosiki. Błagam nie – myślę sobie. Szlag – mówię. Właśnie wsiadła wycieczka 'rozkosznych dzieciaczków', wszystkie w różowych czapeczkach i płaszczykach, z plecaczkami z Kubusiem Puchatkiem. Mina pani po lewej jest bezbrzeżnie zdegustowana, a pan po prawej ma tak szczere przerażenie wymalowane na obliczu, że prycham śmiechem. Na moście Śląsko-Dąbrowskim korek, cóż, pół godzinki się spóźnię, każdemu się może zdarzyć. Radośnie spędzam czas z małymi istotkami, które przepychają się, depczą mi po nogach, przewracają, chichoczą i obijają czołem o moje kości biodrowe. Jednak nie mogło być gorzej.

Ostatni przystanek. Przepycham się do wyjścia tratując ludzi. Rozkoszne dzieciaczki plączą mi się pod nogami, jakaś kobita napiera od tyłu, a w drzwiach stoi dwumetrowy facet i blokuje wyjście. Chyba coś do niego krzyczę, nie wiem, nie słyszę sama siebie, więc na wszelki wypadek popieram swoje słowa prawym sierpowym prosto w jego plecy. Raczej nie poczuł, ale pod naporem kobity z tyłu i całej reszty ludzi grożących linczem publicznym przesuwa się. Wypadam z tramwaju i kieruje się do przejścia podziemnego. Poprawka, tłum mną kieruje, albo raczej tłum mnie niesie. Teraz kolej na slalom żeby ominąć ludzi z ulotkami. Stoją tu zawsze, deszcz, śnieg czy słońce, przy zamachu terrorystycznym też pewnie będą tu sterczeć i rozdawać ulotki terrorystom. W między czasie wyciągam zeszyt od polskiego. Błąd taktyczny - po dziesięciu sekundach mam na kartkach pięć centymetrów śniegu i wszystkie płaszczyzny fabularne zamokły. Teraz na finisz jeszcze tylko poślizg na zamarzniętej kałuży i efektownie podjeżdżam na tyłku pod same drzwi szkoły.

Jak ja kocham poranki!
Jak ja kocham ZIMĘ!


skomentuj (4)

________________________________________

10-12.2005


Nie no, ja się jednak cieszę, że wróciłam do domu. Nic to, że niemożebnie długo (niemal tydzień) musiałam cierpieć katusze bez Internetu. Przynajmniej nareszcie śpię we własnym łóżku, a nie w tym przeklętym śpiworze, który miał dzyndzelek na sznureczku i stanowił z nim integralną całość, a więc za żadne skarby nie dało się go odczepić. Dzyndzelek ów każdej nocy dyndał mi w okolicy twarzy, a rano nudziłam się mając go w ustach, nosie, uchu albo innym otworze.

Nie ma już dylematów "co zrobić z mokrym praniem?". Z braku miejsca (że też w biurze nie przewidzieli sznurków na pranie! Też coś!) zastanawiałyśmy się co by to może za okno wywiesić, ale ostatecznie stanęło na wersji sznurek-lodówka-noga od stołu. Szkoda, majtki powiewające z okna biurowca na 29 piętrze to by był dopiero festyn.

Nie ma też tych wszystkich dziwnych odgłosów, na przykład Walenia Cymbałkami W Kaloryfer. Doprawdy nie wiem, co mogło być źródłem takowego dźwięku, może komuś też diabli wzięli kartkę pamięci w aparacie i wyładowywał nadmiar agresji? Gdybym miała wtedy cymbałki też pewnie waliłabym nimi w kaloryfer.
Albo to Gadające Coś. Mieszkało w kuchni i wyglądało jak kratka wentylacyjna, ale ja wiem że tylko się tak maskowało. Nic się przede mną nie ukryje. Raz sobie z tym nawet rozmawiałam. Rozmowa składała się wprawdzie z samej litery "s" czasem przybierającej formę "sz", ale za to w ilu tonacjach! Szkoda, że zapomniałam spytać jak miało na imię.

No i wreszcie nie ma tego Faceta Z Góry. Facet Z Góry miał dość osobliwą przypadłość – napady kichania. I to nie takie eleganckie apsik czy subtelne khem khem, ale gromkie i ordynarne AECHOOOUU!!! powtarzające się w seriach 7 razy po 5. Wprawiało to ściany w drgania i wpędzało mnie w ciężką konsternację, a słyszały to nawet moje rybki, co jest osiągnięciem na wysoką skalę biorąc pod uwagę fakt, że... ryby nie mają uszu.

Widok Warszawy nocą i tak mi zbrzydł po jakimś czasie, a zachody i wschody słońca były okropne, bo aparat swojego strajku z kartą pamięci jeszcze wtedy nie skończył i nie mogłam robić zdjęć, więc przy każdym zachodzie zmuszona byłam zawieszać żaluzje i udawać, że nie widzę. A teraz nie muszę już codziennie wjeżdżać na 29 piętro tą przeklętą windą i powstrzymywać się, żeby na pytanie "czy jadę górę czy w dół?" nie odpowiedzieć "w bok". I nie czuję się jak jakiś terrorysta za każdym razem kiedy wchodzę i wychodzę z domu, a żaden ochroniarz nie patrzy na mnie jakbym mu wytłukła rodzinę, zabiła psa gazetą i przejechała walcem po grządkach z kwiatkami.


skomentuj (1)

________________________________________

24-11-2005


Panie i panowie, lejdis and dżentelments, chwila wiekopomna. Wracam do domu. (Dożyłam znaczy się.)

Biuro opuszczałyśmy wśród ogólnej uciechy i deszczy niespokojnych co potargały sad, bo wszystkim szajba odbiła dokumentnie. Do windy weszliśmy w składzie następującym: moja mama z czterema siatkami w rękach, Pan Dyrektor z trzema torbami i siatką, Pani Numer Jeden z czterema siatkami i Pani Numer dwa z kolejnymi czterema siatkami. I na dokładkę ja z klatką świnki morskiej w rękach. Towarzystwo rodem jak z bazaru. Przysięgam, że nie wiem skąd się te wszystkie siatki wzięły, ja tu przyjeżdżałam z plecakiem szkolnym i jedną torbą. To pewnie takie niepisane prawo, że twój dobytek powiększa się z wielkością wprost proporcjonalną do czasu pobytu. Jakieś dwie panie, które już w windzie były, musiały zmniejszyć swoją objętość o połowę żebyśmy się wszyscy zmieścili i patrzyły wzrokiem, który można było zdefiniować jedynie jako "nieprzychylny" na wystające z siatek szaliki, poduszki, lampki, noże i świnkę morską której zebrało się na podskoki tudzież walenie głową w domek. Pan dyrektor powiedział coś w guście "no moje panie, źle się dzieje w Polsce. Emigrujemy, emigrujemy" i odniosłam wrażenie, że jedna z pań gotowa jest wciskać przycisk alarmu i ewakuować się w trybie natychmiastowym z grona wariatów, tylko że dostępu do guziczków nie miała.

Następnie samochodem pana dyrektora dojechałyśmy z całym tym majdanem do domu i w progu zdębiałam lekko acz efektownie. W przedpokoju wrzosowy fiolecik, w kuchni szałowa zieleń, w pokoju mojej mamy soczysta brzoskwinka. Jedną ścianę wyburzyli (mój piękny naścienny fresk Kenshina! Czuję się taka pusta w środku!) i za to zamurowali jedne drzwi. Jestem ciekawa ile razy się zderzę ze ścianą usiłując przejść przez drzwi których już nie ma. (Na razie na liczniku 2 razy) W tle dwóch robotników zbierających gruz tu i ówdzie, pan dyrektor miotający się w tę nazad z siatkami, mama rozpaczająca nad kolorystyką i na to wszystko wchodzi informatyk. Bo przecież podłączenie komputera i wszystkiego co elektronicznie oraz uporządkowanie imponującej ilości kabli w liczbie sto czterdzieści jest najważniejsze tu i teraz i tej właśnie chwili.

Chciałam się czegoś napić, ale na suszarce do naczyń były tylko jakieś wiklinowe koszyczki. Otworzyłam więc szafkę, gdzie zwykły bywać szklanki, ale tam zastałam tylko bombki i ozdoby choinkowe. Ze szklanki zrezygnowałam. W lodówce jeden ogórek konserwowy i trzy kartony soku ananasowo-grejpfrutowego (?). Całe szczęście że pożyczyłyśmy z pracy (długoterminowo) kilka gorących kubków, kiśli instant i trzy plasterki salami. I kawę. Nie zginiemy. W pokoju mojej mamy stała reprodukcja piramidy Cheopsa aż pod sam sufit, składająca się z pudeł i foliowych worków z zawartością wszystkich mebli w domu, a na kanapie na dwóch pudłach i jakichś deskach stał stół nogami do góry. Szał ciał i uprzęży. Resztę dnia z nocą włącznie spędziłam usuwając trzycentymetrową warstwę kurzu z mebli w towarzystwie informatyka usuwającego trzycentymetrową warstwę kurzu ze sprzętów elektrycznych i mamy usuwającej trzycentymetrową warstwę kurzu w kuchni, przy akompaniamencie okrzyków "znalazłam moją wieżę!, znalazłem łopatkę!, znalazłam stojak pod choinkę!, widział ktoś talerze?" i tym podobnych, z krótką przerwą na inaugurację nowej kuchni wraz z napojem niskoprocentowym jakimśtam (nalepka po francusku była więc nie wiem co zacz). Telefonu stacjonarnego podobno nikt tu nie widział od miesiąca więc zakładam że przepadł, ale za to znalazła się szczoteczka do zębów mojej mamy której zapomniała zabrać do pracy. No i dokonałam niemożliwego: jestem jednocześnie cała czarna z brudu i cała biała od kurzu i pyłu. Nie można niczego dotknąć żeby się nie pobrudzić, nie ma w co się ubrać i nie wiadomo co gdzie jest. Informatyk już stąd nie wyjdzie, bardzo mi przykro, bo drzwi wyjściowe są zawalone jakimiś tobołami bliżej nie określonymi. Jutro nie idę do szkoły, poświęcam się mężnie i dzielnie i będę sprzątać!
I ominę dwie fizyki, hehe. Cóż za strata.


skomentuj (9)

________________________________________

18-11-2005


Zapisanie się do gazetki szkolnej to był naprawdę dobry pomysł. Mogę się w szkolnym ksero wyręczać funkcją i ze słowami "ja z gazetki!" spokojnie rozpychać tłum starym sposobem łokieć-pod-żebro. Jestem też regularnie wykorzystywana (zapamiętać: omijać sekretarzową gazetki na korytarzach). Sekretarzowa w osobie Zuzi ma ten dar, że wywęszy mnie i wyciągnie z każdego zakamarka szkoły. Chyba muszę zacząć nosić papierową torebkę na głowie.

Dzisiaj też mnie wywęszyła i zaprzęgła do składania numeru, tak więc z ciężkim sercem musiałam się zwolnić z lekcji przysposobienia obronnego. Och, co za ból, a ja od tygodni marzyłam żeby posłuchać o ranach kłutych, ciętych, szarpanych, gryzionych, miażdżonych o tym co z nich wypływa, jakim robi to strumieniem, ile flaków wala się dookoła i jak one wyglądają. Przez bitą godziną, w pokoiku mniejszym od łazienki gdzie oprócz redakcji, kilku redakcyjnych szaf, stołów i dwóch niedziałających komputerów-atrap znajdowało się jeszcze kółko europejskie, radiowęzeł i przyległości, manewrowałam zszywaczem w towarzystwie starszych i poważnych uczniów z kółka dziennikarskiego. ("Cześć, jestem Bartek. Mogę wam pomóc? O, znalazłem przyrząd! To jest odbutowywiacz! Przypinasz sobie do buta i jesteś dzięciołem!")
Po zaledwie kilku minutach spokojnego zszywania ("Zuzia! Ratunku! Skończyły mi się zszywki!") doszłam z tym zszywaczem do takiej wprawy, że mogę zszywać z zamkniętymi oczami. Albo jak kowboje w amerykańskich westernach, zakręcać dwa zszywacze na palcach i siup do kabury. Wspięłam się nawet na szczyt moich możliwości intelektualnych i nauczyłam się zszywki wkładać.

Ogółem mieliśmy tylko kilka malutkich poślizgów. ("Kurde, spiąłem dwa numery ze sobą. Co robimy? Odbutowywiacz nas ocali! A ja będę teraz niewidomy!") Ciutkę większy poślizg miał pan Wojtek, zaprzyjaźniony ksero-pan któremu się troszkę strony pogmatwały i źle się wydrukowało. Samo. (Akurat to były te strony ze zdjęciem Kaczyńskiego. Przypadek?) Szkoda, że zauważyliśmy to dopiero po zszyciu pięćdziesięciu numerów.
W rozszywaniu też już osiągnęłam niezłą wprawę.

Teraz muszę tylko w poniedziałek latać po szkole na przerwach i wciskać wszystkim świeżutkie gazetki, wmawiając że oni naprawdę bardzo chcą kupić, tylko po prostu jeszcze o tym nie wiedzą (widzę to w twoich oczach!).

Ps. Kupiłam sobie Ghost in the shell na DVD za głupie 19.90 jako dodatek do gazety. A wcześniej jeszcze Jeźdźca bez głowy za podobnie śmieszną cenę. Tylko że nie mam DVD.


skomentuj (5)

________________________________________

13-11-2005


Odkryłam po miesiącu, że praca mojej mamy ma chyba jakieś negatywne wibracje. Czuje się nie przymierzając jak w zakładzie zamkniętym, odbijam się od ściany do ściany, czuję jak to miejsce pożera mnie od środa, jak mózg wypływa mi uszami, tworzy mi pod nogami malowniczą kałużę i mówi z niemym przerażeniem "bul bul?". Jestem zawieszona gdzieś w nicości, nie mam co ze sobą zrobić, nie wiem co do mnie mówią i ze zgrozą dochodzę do wniosku, że perspektywa rzucenia się przez okno z 29 pięta wcale nie jest złą perspektywą. W jednym pokoju moja mama, która zaczyna mieć objawy człowieka zamkniętego, w drugim pokoju Pani Numer Jeden która bezustannie gada do siebie i jeżeli ktoś akurat rozmawia obok to podnosi głos żeby go zagłuszyć, a w trzecim pokoju Pani Numer Dwa która jest równocześnie śpiewaczką operową i przyprawia mnie o ciągłe zastanawianie się jak te szyby w oknach jeszcze nie popękały?

Codziennie rano jadę tramwajem i patrzę tępo przez szybę na Bar Gdański (chyba ostatni TAK komunistyczny bar w Polsce), na Alinę (twierdzą, że w szynce jest tylko 45% mięsa, co stanowi resztę nie sprecyzowali, ale podejrzewam że mieli na myśli papier toaletowy) i na Usługi Krawieckie ("Tutaj szyjemy togi!").

W piątek rano zadzwonił telefon. Moja mama odebrała i usłyszała angielski bełkot (a po angielsku ona nie parle). Bardzo rano to było i nie chciała mnie budzić, więc usiłowała jakoś dyplomatycznie zakończyć rozmowę. Za nic się nie dało bo pan do drugiej stronie się rozgadał nadzwyczajnie, nie wiadomo tylko na jaki temat. Mama chciała powiedzieć że ona tu tylko sprząta, ale zasób angielskich słów nie pozwolił. "Ar ju toking tu mi?" wydawało się niezbyt adekwatne do sytuacji, więc rozpaczliwie w przypływie natchnienia wydukała "no dżob tudej", dodała jeszcze "naszional fiesta" i odłożyła słuchawkę.

Całe szczęście, że od dwóch dni nie ma księgowej (wczoraj jej nie było, bo robiła kotlety, dzisiaj jej nie ma, bo jej kotlety zaszkodziły), która od kiedy tu jesteśmy zaczęła przychodzić CODZIENNIE i siedzieć od samego rana do późnej nocy. Tak jej się nagle dużo pracy zrobiło. Przychodzi tylko dlatego, że nie ma z kim pogadać i robi to specjalnie, jestem tego pewna, to jest spisek mający na celu wykończenie nas psychicznie przez NIEUSTANNE prawienie tych swoich "za moich czasów" i innych trele morele. A poza tym jest nawiedzona religijnie i udaje jej się pokazać to na każdym kroku z podziwu godną skutecznością. Słuchawki już mi chyba przyrosły do uszu ale i tak mam wrażenie, że ciągle ją słyszę. Ona drażni mnie najbardziej.

Ale najgorsze z tego wszystkiego, że za dwa dni kończy mi się tutaj miesięczny trial na Photoshopa! To koniec! Wszyscy zginiemy!!!


skomentuj (2)

________________________________________

01-11-2005


Tak właściwie to ja sama nie wiem co o tej maminej pracy myśleć.

Pan dyrektor jest bardzo fajnym i miłym człowiekiem. Ma wiele zasad. Wychodzenie w celu pogrania sobie w tenisa w czasie pracy należy do jednej z nich, ale tak naprawdę, w wersji formalnej nazywa się to 'spotkanie z klientem'. Otwierając szafę z papierem do drukarek trzeba odsunąć się 15 cm w kierunku od szafy przeciwnym aby uniknąć trafienia stosem koszul Pana Dyrektora w głowę. A kiedy jest zimno (a jego imię: klimatyzacja, której nie da się wyłączyć) w owych koszulach chodzi cała żeńska część biura (bo męskiej części poza Panem Dyrektorem nie ma).
Tak naprawdę nikt nie zwraca się do niego "Panie Dyrektorze".

Jest też Pani Helenka, poczciwa sprzątaczka. Niedowidzi tylko troszeczkę, więc wszystkie naczynia w porażającej ilości dwóch noży na krzyż mają tylko kilkucentymetrową warstewkę brudu. Pani Helenka musi przyjść umyć naczynia o 7 rano. Po prostu musi, inaczej życie nie ma sensu, niezależnie od tego czy jest sobota i chciałabym sobie dłużej pospać i niezależnie od długości błagalnych monologów.
Królestwem Pani Helenki jest kuchnia (przez bardzo małe k, niestety). Kuchnia służy do robienia sobie kawy, sprawdzania aktualnej godziny (godzina na mikrofalówce- 57:00) mycia naczyń i jedzenia kolacji siedząc na kartonowych pudłach po monitorach czekając aż na głowę spadnie gigantyczny plakat Knorra. Plakat Knorra bardzo lubi to robić, śmiało zaryzykuję stwierdzenie że jest to jego ulubione (i jedyne) zajęcie. Pudła po monitorach z kolei, i zaraz za nimi pudła po skanerach, drukarkach, klawiaturach i innych sprzętach według Pana Informatyka z pewnością będą w przyszłości bardzo potrzebne, więc za nic nie wolno ich wyrzucać. Według moich skromnych kalkulacji jeżeli biuro pozwoli sobie kiedyś na jakąś wymianę monitorów to trzeba będzie zagospodarować nowe pomieszczenie specjalnie na same pudła.

Kiedyś był tu też Pan Sąsiad. Pan Sąsiad podobno mieszkał w swoim biurze (czy ja tego skądś nie znam?), tyle że na stałe. Kiedyś pani sprzątaczka odłączyła kable od telefonów (niechcący, po prostu ich nie zauważyła) i siłą rzeczy telefony nie działały. Zanim się ktokolwiek zorientował co zacz, moja mama skoczyła na chwilę do sąsiada żeby zapytać czy u niego telefony działają. Pan Sąsiad stał na swoim biurku ze szczoteczką w zębach i machał nad głową ręcznikiem. Mama (w kolejności) zdębiała, przeprosiła i wyszła. Czy Pan Sąsiad był normalny czy też nie całkiem nie stwierdzono do dziś.

Innym razem w biurze toczyła się rozmowa o szpiegach i podsłuchach. Kilka dni później ktoś zauważył dziwną czarną skrzyneczkę uwieszoną w przedpokoju (pokłony dla spostrzegawczości). Inny ktoś wysnuł tezę, że to na pewno podsłuch jest. Pan Dyrektor tak się przeraził najwyraźniej tego podsłuchu, że po pracy poszedł do skrzyneczki i... wyjął z niej baterie. Pełny dumy ze swojego nieprzeciętnego sprytu i satysfakcji że pozbył się podsłuchujących go szpiegów jakże się zdziwił, gdy następnego dnia przyszedł Pan Sąsiad z pretensją, że jego domofon nie działa i zapytaniem czy ktoś nie widział jego baterii. Tak naprawdę Pan Dyrektor nigdy się nie przyznał.

Kolejna barwna postać – pani księgowa. Pani Księgowa zawsze przychodzi do pracy późnymi wieczorami i przesiaduje do późnej nocy nie zważając na to że – przykładowo – ja tu chcę spać. Właściwie nie wiem po co przychodzi, bo przez cały czas gada, gada i jeszcze trochę gada, więc zmuszona jestem zatykać uszy słuchawkami i nastawiać maksymalną głośność, narażając się tym samym na szybsze zużycie baterii (och! Co za ból!). Oczywiście wcale nie przeszkadza to księgowej gadać dalej i wychodzić z biura 4 godziny później z poczuciem sumiennie wypełnionego obowiązku. Tak naprawdę to wydaje mi się, że ona codziennie chce przychodzić do pracy wcześniej, ale od kiedy tu mieszkam (3 tygodnie będą) zawsze coś jej wypadnie i nie zdąży.
Ostatnim razem spadł jej w domu karnisz na głowę. „Na szczęście” - jak to ujęła - "miała wałki na głowie więc nic jej się nie stało."
Co za szczęście.

Mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że materiału o pracy mojej mamy starczyłoby na sporej grubości książkę, a potem po krótkim namyśle jeszcze na tom drugi, więc litościwie skończę już teraz.

p.s. ale możecie się spodziewać dalszego ciągu ;P

p.s.2 Nie wiem kto zeżarł moją Nutellę, ale się dowiem!!!


skomentuj (8)

________________________________________

27-10-2005


Powolutku, ale to bardzo powolutku zaczynam dostawać białej gorączki jadąc do szkoły. Głównie dlatego, że co trzy metry czyha na mnie gęba Kaczyńskiego (nadobną twarz naszego nowego pana prezydenta miałam na myśli). Na kiosku – Kaczyński, na przystanku – Kaczyński, na ulicach – Kaczyński, na autobusach (dla odmiany) Kaczyński. Tylko czekam aż w paczkach czipsów pojawią się naklejki i supermodne tatuaże (przyklej sobie Kaczyńskiego na tyłek!). Przestałam brać darmowe Metro od tego miłego Pana Z Metra kiedy idę do szkoły, bo w gazecie na osiem stron pięć jest z Kaczyńskim. Przestałam też brać ulotki w przejściach podziemnych i zaczynam podejrzliwie patrzeć na ludzi - nigdy nic nie wiadomo. Dobrze, że nie mam tu telewizora.
I żeby Kaczyńskiemu smutno nie było, to jeszcze mu Lepper towarzystwa dotrzymuje. A co. Jakby nie wystarczyło, że jego plakat wyborczy wisi na płocie mojej szkoły.
Strach otwierać lodówkę.

Mieliśmy dziś wycieczkę klasową na cmentarz na Powązkach organizowaną przez klasy drugie. Całe szczęście, że nasi "przewodnicy" panowali nad sytuacją, bo jak się zgubiliśmy to krążyliśmy w kółko tylko godzinkę.
Na prawo mamy groby proszę wycieczki, na lewo groby, tuż przed nami widnieją groby, a tam dalej... No kto zgadnie proszę wycieczki? Tak! To groby! Skąd wiedzieliście?
Cmentarz to chyba jedyne miejsce gdzie nie ma Kaczyńskiego. A szkoda.


skomentuj (3)

________________________________________

22-10-2005


Mamy w szkole bardzo fajnego księdza. Co prawda ja z nim przyjemności nie miałam, więc jest dla mnie fajny z daleka, ale legendy mniej i bardziej prawdziwe snują się za nim z kilometrami.

Pozdrawianie uczniów ciepłym i miłym "módlcie się grzesznicy bo będziecie potępieni" lub też "bądźcie przeklęci" jest podobno na porządku dziennym. Uczniowie to czarcie pomioty, więc przyłożenie im pismem świętym w głowę przy każdej okazji jest jak najbardziej słuszne. Takie Losuxowe "wyczuwam zło!".
Na religię nie chodzi 20 osób z samej tylko mojej klasy (założymy sobie kółeczko ancychrystów normalnie), więc po dwóch miesiącach ksiądz wpadł na pomysł, że coś z tym trzeba zrobić. Z przekazów ustnych wiem, że mamy wręczyć mu oficjalny kawałek papirka z podpisem rodzica że tak owszem, terefere, moje dziecko nie chce/nie lubi/nie musi. Wręczyć osobiście. Szlag no, ja się boję teraz, a jak on mnie ukrzyżuje jak mnie zobaczy? Albo co gorsza uzna, że trzeba mnie zbawić?

Tak naprawdę to ja nie wiem jak z nim jest. Może to całkiem miły facet? (Pham! Boziu, zaksztusiłam się.) Ale to, że kazał komuś tam latać po szkole w czasie lekcji, przynosić krzyże, potem szukać gwoździka i przybijać je do ściany to fakt niezbity jest. I to że wyciera kredę zasłonką okienną też.

[nagła zmiana tematu, nie wystraszcie się]

Na informatyce mieliśmy ostatnio omówienie zagrożeń jakie niosą ze sobą komputery i internet. Przy rubryczce "szkody psychiczne" poczułam się dziwnie swojsko. I wyszło mi niezbicie, że jestem kompletnie uzależnionym od internetu, maniakalnym, psychodelicznym i psychicznym, tracącym poczucie rzeczywistości, zamkniętym we własnym wirtualnym świecie, wyalienowanym odludkiem z wypaczonym umysłem, totalnym marginesem dla którego nie ma ratunku i w dodatku z krzywym kręgosłupem.
A według biorytmu który robiliśmy w Excelu mam właśnie kryzys emocjonalny i głęboką depresję intelektualną.

Lekcje informatyki zawsze podnoszą mnie na duchu.

p.s. Po czterech dniach przekleństwa posiadania zepsutych słuchawek, odkryłam że słuchawki w uszach determinują moją egzystencję.


skomentuj (6)

________________________________________

18-10-2005


Dziś nastąpiła rzecz całkowicie niespodziewana. Gdyby słońce nagle oderwało się od nieboskłonu wydając z siebie piskliwe ach joj niczym Czeski Krecik i z hukiem robiło się na ulicy tuż pod moim oknem nie doznałabym większego szoku. Aparat zastrajkował, a na wyświetlaczu pojawił się czarny i złowrogi napis "memory card error". Dumna liczba zdjęć, do niedawna 271, zaczęła wynosić wielkie, okrągłe i puste 0, a mnie trafił szlag dokumentny i intensywny. Właśnie straciłam cztery, cholerne cztery dni wschodów i zachodów słońca! Jestem głęboko przekonana, że słońce już nigdy nie wzejdzie i nigdy nie zajdzie, a ja już nigdy nie zrobię takich zdjęć!

Aparat był już obiektywem za oknem, ale jakaś siła boska (w postaci wizji mojej mamy karzącej mi pokryć straty) powstrzymała mnie przed wyrzuceniem go za okno i przyglądaniem się z szatańskim uśmieszkiem człowieka obłąkanego jak po długim locie z 29 piętra dezintegruje się na powierzchni betonu. Ale za to frustracja przybrała na sile. Zaczęłam się miotać po biurze wydając z siebie ryki niczym ranny łoś (ale zdecydowanie mniej poetyckie), złorzecząc na świat, kopiąc krzesła i rzucając kapciami w ścianę. A na koniec ostatkiem sił zwinęłam się w kłębek pod biurkiem mamy i w agonii czekałam na śmierć, bo byłam pewna, że już nic więcej mnie w życiu nie czeka. I pewnie, jak słusznie Fiolka spostrzegła, zginęłabym tam i rozłożyła się na czynniki pierwsze albo i drugie i nikt by nie zauważył, ale akurat moja mama usiadła przy biurku i nogi jej się przeze mnie nie mieściły, więc kazała mi pójść precz.
Żadnego poszanowania dla umierającej duszy.


skomentuj (4)

________________________________________

14-10-2005


Życie zrobiło się nagle strasznie urozmaicone. Śpię w śpiworze na podłodze, między biurkiem a dwoma fotelami. Rano budzę się i w szlafroku ze szczoteczką w zębach mówię dzień dobry pracownikom biura. A później do szkoły. Fajnych ludzi można zobaczyć w windzie, na przykład pani z ogromniastym plecakiem ze stelażem o siódmej rano. Najwyraźniej nie tylko my tu nocujemy.

Jest nawet prowizoryczna łazienka, ale prysznic ma swoje fanaberie zależne od pogody w Mozambiku chyba, czyli leje tam gdzie chce. Głównie po dwóch różnych bokach, w jedną stronę centralnie na ścianę, w drugą na zasłonkę. Stojąc równo pod prysznicem jest się zupełnie suchym, a próba znalezienia strumienia wody z namydloną twarzą i zamkniętymi oczami przypomina taniec paralityka. Mama powiedziała że złoży reklamacje, bo przecież co to za praca, że się nawet wykąpać nie można, prawda?

Trzeba też uważać na główne drzwi, bo są samozatrzaskowe i nie mając klucza można otworzyć je tylko od wewnątrz. A tego by tylko brakowało, żeby przykładowo zatrzasnąć się w korytarzu o jedenastej wieczorem na 29 piętrze, w bądź co bądź pracy, w szlafroku i z ręcznikiem na głowie. Tak naprawdę, to ja wcale nie chcę skończyć w zakładzie dla normalnych inaczej.

Powoli uzupełniamy zaopatrzenie. Kupiłyśmy już grzebień i dwie łyżki. A niedawno przyszedł tu jakiś facet w charakterze samobieżnej reklamy firmy Knorr, powiesił na ścianie plakat i zostawił pięć gigantycznych opakowań po kilkadziesiąt "gorących kubków" w każdym. Idylla gorących kubków! Może otworzę sklepik w holu na dole?

Tak ogólnie rzecz biorąc, to tu całkiem fajnie jest. Szkoła blisko, Empik blisko, po godzinach
trzy komputery do dyspozycji i fenomenalne wręcz zdjęcia zachodów i wschodów słońca. Spełniałam się artystycznie, przynajmniej do wczoraj, bo od wczoraj jest mgła taka że żadnego słońca nie widać, a wschodów i zachodów tym bardziej. Znalazłam też na składzie i natychmiastowo wydundziłam całą butelkę musującego wina brzoskwiniowego, ku uciesze
mojej mamy "bo wreszcie ktoś to wypił i nie zajmuje miejsca". Jest nawet ekspres do kawy. Tylko w godzinach pracy muszę udawać że mnie nie ma i przypadkiem nie odebrać jakiegoś telefonu.
Normalnie chyba tu zamieszkam na stałe.

Wschodzik

Zachodzik 1

Zachodzik 2

Zachodzik 3

Zachodzik 4



skomentuj (4)

________________________________________

11-10-2005


Wracam do domu, w progu zderzam się z facetem-z-wiertarką. Idę dalej, mijam pokój mamy a w nim dwa komplety mebli, telewizor, kanapa, rower, cztery krzesła, pianino i wanna. Zderzam się z facetem-z-młotkiem. W drugim pokoju stoi ten dziadzio od różyczek i skarży się, że mu gruz do mieszkania piętro niżej leci. (Tym razem żadnego gruzu wybierać na pewno nie będę.) Zaglądam do kuchni - pod ścianą stoi kibel, a w ścianie na przestrzał dziura do sąsiedniego pokoju. Mogę pomachać stojącemu tam fecetowi-z-kubkiem-kawy (zaraz zaraz, przecież to jest MÓJ kubek!). Ale to wcale nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że mi pokój oblepili folią; zakaz wstępu jak do strefy skażonej odpadami radioaktywnymi nie przymierzając, tylko żółto-czarnego znaczka brakuje. Żeby się dostać do komputera musiałabym wpełznąć pod folię i butlę z tlenem sobie wyczarować czy co, bo przecież oddychać wbrew pozorom też muszę. I nie, żebym kiedykolwiek miała w pokoju jakiś szczególny porządek, ale spać pod pięciocentymetrową warstwą gruzu kiedy jacyś faceci wywalają mi w pokoju futrynę naprawdę się nie dało (mimo bardziej i mniej szczerych chęci).

W związku z powyższym musiałam się wyprowadzić. I wyprowadziłam się - do pracy mojej mamy. Pół swojego dobytku przeniosłam do szkolnej szafki, drugie pół do maminego biura. Trochę dziwnie mi się przyglądali ochroniarze z dołu kiedy wnosiłam kolejno świnkę morską z osprzętowaniem, akwarium, torbę z ubraniami, lampkę, poduszki i nóż do pomidorów. Naprawdę nie wiem dlaczego.
Dość osobliwie patrzą na mnie też gdy kilka razy dziennie wchodzę i wychodzę z plecakiem i słuchawkami do szkoły/do Empiku/do sklepu. (O Jezu! Dziecko w biurze! NIELETNIA!!!)
Za każdym razem muszę zwalczać ogromną pokusę żeby nie pokazać im języka, ewentualnie zagadnąć coś w stylu "jak się dziś panowie miewają?" z szatańskim uśmieszkiem na twarzy.
Tylko czekam aż mnie kiedyś zatrzymają.


skomentuj (8)

________________________________________

03-10-2005


Mamy w domu wymieniane okna. Wracam w sobotę rano (sic!) do domu z warsztatów dziennikarskich a tu zonk - mój pokój w charakterze okna ma dziurę w ścianie, wymiary 1x2m, wszystkie meble pod gustowną-acz-krzykliwą folią a wokół lata dwóch facetów z wiertarkami. Zaraz potem zonk numer dwa - zabrali mi komputer. To mnie dopiero przeraziło.

Mi też oczywiście przypadła rola w remoncie, a co, i to jeszcze jak odpowiedzialna. Pan Sąsiad Dziadzio Z Parteru ma ogródek z różyczkami akurat pod naszymi oknami. I delikatnie mówiąc ma na punkcie tych różyczek potężnego hyzia, więc kiedy już skończył się awanturować mama wysłała mnie na dół wybierać gruz z różyczek sąsiada. Dobrą godzinę spędziłam grzebiąc się w jakimś zielsku na kolanach wybierając kawałki tynku które jeszcze godzinę temu należały do mojego okna. Wiedzieliście, że te cholerne różyczki mają kolce, które w kontakcie ze skórą, o zgrozo, bolą? Wyglądam jak weteran wojenny po przejściach.

Resztę łikendu spędziłam w jednym pokoju, jedynym w którym okna nie były wymieniane, razem z mamą, świnką morską, rybkami, wszystkimi kwiatkami z domu, krzesłami i rowerem. Na śniadanie, obiad i kolację wyłącznie tosty i śledziki, bo zupki z proszku są już po folią a nic innego nie ma. Zapijane wodą z jednego kubka po herbacie, bo do innych nie sposób się dostać nie zwalając przy tym całego misternego foliowania i facecika z wiertarką przy okazji.

Konsumowałam właśnie śledziki, na krześle od komputera zresztą, kiedy ktoś zapukał do drzwi pokoju. Chwilkę później wparadował Pan Sąsiad Dziadzio Z Parteru z bukietem różyczek w ręku. Mamie opadła szczęka, mi śledzik zawisł malowniczo w kąciku ust. W tle przebiegł facet z wiertarką i zawziętą miną. Nie wiem co robił dziadzio z różyczkami w naszym domu, dał nam bukiecik tych chrzanionych różyczek z których wybierałam gruz, po czym wyszedł potykając się o stołek.

Pewnie gdyby weszło tu stado różowych słoni i odtańczyło jezioro łabędzi też nikt by nie zauważył.


skomentuj (6)

________________________________________

29-09-2005


Widzieliście może ostatnio dziewczynę idącą piechotą po Moście Poniatowskiego, z mokrą głową, kurtką o pięć rozmiarów za dużą, plastikowym kubeczkiem gorącej czekolady w ręku, Willym Wonką w słuchawkach i uczącą się greckich bogów z kompletnie nieczytelnego Czytelnego Wykresiku?
Tak, to byłam ja.

dużosprawnagłowie


skomentuj (7)

________________________________________

14-09-2005


Na geografii ubieraliśmy globusiki w czapeczki i dowiedzieliśmy się, że globusy najlepiej służą do przechowywania alkoholu ewentualnie jako sejfy. Na PO dowiemy się w tym semestrze jak postępować w przypadku wybuchu bomby atomowej. Na chemii pan profesor zgodnie z regulaminem ostrzegł nas, że jeśli zemdleje podczas wykonywania doświadczenia należy go wyciągnąć za nogi za okno. Na informatyce natomiast pan profesor uprzedził nas że korzystając z pracowni komputerowej ma się naprawdę spore szanse zostać porażonym prądem, zwęglonym i zginąć na co najmniej kilka różnych sposobów, po czym z makabrycznie dokładnymi szczegółami opowiedział nam co dzieje się z ciałem ludzkim przy porażeniu, o ścinaniu się białka, zatrzymaniu akcji serca, przedśmiertelnych drgawkach i innych atrakcjach które niechybnie na nas czekają zaraz po przekroczeniu progu sali informatycznej.

Facet od WFu ma skłonności sadystyczne które objawiają się głównie podczas biegów długodystansowych. Na matmie rozwiązywaliśmy bardzo życiowe zadanie o mrówkach łażących po piłeczkach pingpongowych, których oczy (mrówek nie piłeczek) znajdują się na określonej wysokości i kiedy te mrówki się zobaczą to w jakiej będą odległości. A na fizyce profesor dał chłopakom gitarę i kazał dziewczynkom śpiewać. Repertuar skończył nam się dopiero po wszelkich piosenkach o stokrotkach, burakach, rolnikach, sokołach, zbójnikach, kapturkach, hiszpańskich dziewczynach, wielorybnikach i kaczusiach, więc lekcji nie było zbyt wiele. Właściwie to tylko oświadczył nam, że zamówił dla całej klasy książki i przyniesie je na poniedziałek, po czym zadał nam pracę domową z tych właśnie książek na jutro.

A na koniec przyszedł autentyczny mnich w brązowym habicie przewiązanym sznurem (panie profesorze bracie?) i powiedział, że ma z nami religię.
Ja nie wiem gdzie ja jestem.


rysunek pomocniczy do zadania z matematyki

p.s. Naprawiłam w końcu te wszystkie potworne okienka po lewej. I zaktualizowałam tfurczość.


skomentuj (7)

________________________________________

09-09-2005


Na początku dziękuję istotom wyższym za to, że miałam wyjazd integracyjny na samym początku i mnie oficjalne rozpoczęcie roku ominęło. Bo cholernie takich imprez nie lubię. A na obozie góry były, mgła którą można kroić nożem była, krowy odzywające się w najmniej oczekiwanych momentach były, traktur był, dyrektor z gitarą był i gwara góralska 24 godziny na dobę była, a więc niczego nie brakowało. I moja klasa ze swoim muzykalnym nastawieniem do wszelakich piosenek od "szła dzieweczka", przez "kaczusię piotrusia" i "na ciągniku rolnik worek maaaa" a na "człowieku z liściem na głowie" kończąc mi się niezmiernie podoba.

Tak więc szkoła zaczęła się od razu jako szkoła pełną gębą, czyli że przeszłam przez próg, zatrzymałam się, zamknęłam usta, wyjęłam słuchawki z uszu, mrugnęłam tak z trzy razy i uświadomiłam sobie że nie wiem jaką mam lekcje, z kim mam tą lekcję i gdzie ta lekcja jest.
Ale po dwóch dniach wiem już nawet gdzie sklepik jest, więc zlokalizuję jeszcze bibliotekę w najbliższym czasie i póki co mam z głowy.
No i potwierdza się fakt, że integruje się najlepiej właśnie w kolejce do sklepiku (względnie w kolejce do kibla) i najlepiej jeszcze obgadując profesora od fizyki. Który tak na marginesie zaczyna zdanie, urywa w połowie, zaczyna następne i tak dalej ani razu nie kończąc poprzedniego. Z małym wyjątkiem: "rozumiemy się?" - pyta z częstotliwością co 20 sekund. W tym momencie klasa kiwa głową starając się powstrzymać bezwład szczęki i mając w oczach śmiertelną panikę pt: "ani trochę się do ciężkiej cholery nie rozumiemy, o czym on gada?". A w sklepiku, podchodzę, patrzę w lewo – kawa. Obok kawa, potem kawa, zaraz dalej kawa i na koniec dla odmiany kawa. Gdzieś po prawej w kącie mała półeczka ze słodyczami na którą raczej niewiele osób spogląda. Hymm...
I chcąc nie chcąc, nawet ja która za kawą nie przepadam (wręcz nie przepadam serdecznie) musiałam wychylić jeden kubeczek. Bo wysiedzieć w piątek, na ósmej lekcji, po WFie i na dodatek na historii (za którą nie przepadam jeszcze serdeczniej) nie da się w żaden inny znany mi sposób.

Tylko czekać aż się uzależnię.


skomentuj (9)

________________________________________

29-08-2005


Aktualny wygląd ściany w mojej kuchni

***

Prawda jest taka (a raczej była w niedalekiej przeszłości) że 1 września wyjeżdżam na obóz integracyjny. Czyli że pojutrze. A teraz, przed chwilą, zupełnym przypadkiem, nie wiem czy za sprawą bożego natchnienia czy legendarnej, niekoniecznie istniejącej naprawdę - jak to twierdzi "Claudia" - kobiecej intuicji, po raz pierwszy od dwóch miesięcy sprawdziłam jaki dziś dzień i wyszło mi że 29 sierpnia. Nieco straciłam koncept, a czerwona lampka zamigotała mi w przestrzeni między uszami. Bo jakim to cudem niemożebnym dzisiaj jest 29 sierpnia a pojutrze 1 września? Kto ukradł 31?

-Mamo, co dziś... - zaczęłam niepewnie i w tym momencie wśród burdelu, który po ostatnich porządkach zrobił się jeszcze większy, moja ręka trafiła na kalendarz a mnie zabrakło natchnienia i zaczęłam się zastanawiać gdzie u diabła podziała się reszta zdania. Nie wiedziałam właściwie jaki dziś dzień tygodnia i uświadomienie sobie że poniedziałek nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenie, ale mogłam stwierdzić z całkowitą i niepodważalną pewnością, że pojutrze ewidentnie nie jest 1 września. I nawet to, że 1 września to wcale nie jest środa, co jeszcze przed 5 minutami mogłam poprzysiąc na własną głowę bądź na inne mniej lub bardziej ważne elementy.

"Hę?" - mruknęła mi się zdeka niepewnie, może nie tyle przypadkiem co zupełnie bezwiednie, moja ulubiona ostatnimi czasy kwestia słowna po czym zastygłam w niemiej dezorientacji. Kurna, ale ale jak to? Jak to nie wyjeżdżam pojutrze, skoro już się zdążyłam prawie spakować, odebrać moje rybki od Dony i nastawić psychicznie? Jak to że za dwa dni? Cała moja mentalność i wiara w to, na czym ten świat stoi (czyli cztery słonie) legła właśnie w gruzach.

Bladego pojęcia nie mam jak to się wszystko stało. Może to dlatego, że od tak około dwóch miesięcy nie wiem jaki mamy dzień tygodnia i jak dla mnie może być i poniedziałek, i piątek i sobota z środą jednocześnie? Oj źle ze mną. Zaczynam się poważnie martwić o swoją poczytalność...
Niech ta szkoła już się zacznie...


skomentuj (8)

________________________________________


Szablon spłodziłam ja, tymi oto ręcami. Wsparcia udzielili:

~html: Sunny
~rysunek: DeviantArt
~brush: Nul
~sponsor główny: blog